Wszystkich zainteresowanych powiadamianiem proszę o wpisanie się do książki.



Rozdział XIX


Dodano: czwartek, 24 lutego 2011 15:18:50
Napisano: komentarze [4]


Dodaję ten rozdział głównie po to, by przekonać wszystkich, że nie - nie umarłam, a także po to, by zobaczyć, czy w ogóle jeszcze kogoś to interesuje.

***

- Kurwa! – wrzasnęła Rey, ze złością kopiąc walającą się po chodniku gazetę; kartki rozsypały się w powietrzu, ulatując na kilka metrów w górę, a następnie spływając powoli ku ziemi, dokładnie nad jej głową.

Dyszała ciężko, szybko mijając fruwające strony, młócąc ramionami powietrze i odpychając je od siebie. Pozwoliła sobie na ten wybuch dopiero gdy była już na tyle daleko, by ten nadęty, arogancki dupek jej nie usłyszał. Wrzała w niej krew, a nie zdarzyło się jej to od bardzo, bardzo dawna; czuła tępe, bolesne pulsowanie w skroniach oraz dławiące, nie dające jej spokoju uczucie suchości w gardle. Nienawidziła go – nienawidziła go każdą cząsteczką swojego ciała za słowa, które do niej wypowiedział, ale jednocześnie nie potrafiła wyrzucić ich z głowy. Nie potrafiła nawet wyobrazić sobie, by ktoś odważył się do niej tak odezwać, a co dopiero zrobić to prosto w oczy, tak obcesowo i bezczelnie. Jedno było pewne – pojawił się znikąd i wywrócił cały jej względnie uporządkowany świat do góry nogami.
Przy nim nie potrafiła się skupić, czuła się tak, jakby znów była małą dziewczynką w świecie dorosłych i nie umiała się odezwać. Na każdą jej obelgę on odpowiadał swoją własną, czasem dotykając ją aż do żywego mięsa, jakby przykładał do obolałego miejsca grudę soli lub gasił na nim papierosa. Zaraz potem wydawało się jej, że robi to z sympatii, że za jego gruboskórną osobowością i ciętymi uwagami czai się błysk rozbawienia i robi to tylko po to, żeby się z nią droczyć. Jednocześnie Xavier był taki dziwny, tajemniczy i sztywny, czego Rey w ogóle nie potrafiła zrozumieć.
Z złością wyszarpnęła z kieszeni płaszcza paczkę papierosów i wyciągnęła jednego zębami, odpalając go pospiesznie od pozłacanej zapalniczki. Co on sobie myślał, proponując jej to spotkanie?! Że jest jakąś głupią gąską, co poleci na jego pieniądze, które niewątpliwie miał, i będzie skakała z radości?! O nie, co to, to nie. Audrey Ava Astor doskonale znała swoją wartość i żaden przypadkowy kretyn nie będzie jej tej pewności siebie podburzał.
Otoczył ją kłąb dymu, który wypuściła przez nos ze złością, fukając cicho. Dotarła do skrzyżowania, prowadzącego z jednej strony w kierunku nabrzeża, a z drugiej do centrum miasta. Kobieta wbiła dłonie w kieszenie i dym uniósł się delikatną smużką nad jej głową; westchnęła głośno i skręciła zdecydowanie w stronę miasta.
- Co jak co – odezwała się sama do siebie – ale nie będę już przed niczym uciekać.
Ostry, zimny wiatr zawiał nagle od wybrzeża, bawiąc się jej długimi, czarnymi włosami. Wokół jej głowy znów pojawiła się chmura szarego dymu, otulająca ją niczym całun pogrzebowy. Kroczyła zdecydowanie przez wąskie uliczki, docierając do centrum i obserwując uważnie poruszających się po ulicy ludzi i samochody. Spojrzała z nikłym zainteresowaniem na szyld baru po jej prawej stronie i westchnęła cicho, wyrzucając niedopałek na ziemię i przydeptując go obcasem. Minęła ubranego w liberię chłopca, który otworzył przed nią drzwi i wślizgnęła się do środka.
Momentalnie ogarnęło ją przesycone dymem papierosowym powietrze; wciągnęła je mocno, uśmiechając się szeroko. Kilka zaciekawionych spojrzeń zwróciło się w jej stronę, obserwując jej zgrabne, kocie ruchy, gdy zbliżała się do baru. Przysiadł na wysokim stołku, opierając splecione dłonie o lśniący blat. Zaraz pojawił się przy niej barman, czyszczący i tak już lśniącą szklankę od whisky.
- Czym mogę pani służyć? – odezwał się uprzejmym, wesołym tonem. Kiwnęła głową w stronę rzędów butelek, ustawionych na licznych półeczkach naprzeciwko niej.
- Butelkę whisky. Najlepszej, jaką macie.
- A do tego?
Spojrzała na niego chytrze.
- Szklankę. Najlepiej dużą.


***


- Rey, jesteś pijana! – warknęła z wyrzutem Meredith, łapiąc ją za łokieć, ale Rey odtrąciła jej dłoń, ściągając z siebie ubrania i idąc prosto do sypialni. – Rey, mówię do ciebie! – syknęła, idąc za nią przez ciemny salon i wchodząc do sąsiedniego pokoju. Gdy drzwi zatrzasnęły się za nimi, stanęła opierając się o nie i krzyżując ramiona. – Rey! – odezwała się nieco głośniej, gdy ta ściągnęła z siebie przepoconą i brudną koszulę i rzuciła się na łóżko, rozkładając szeroko ramiona.
- Jestem już dużą dziewczynką, panno Madsen, nie musi mnie pani wychowywać – odburknęła, zakrywając dłonią oczy, gdy Meredith zapaliła gwałtownie światło. – Uch, Mer, byłabyś tak miła i przegoniła stąd tego gigantycznego robaka świętojańskiego? Zaraz przegniją mi oczy... – dodała po chwili, wykrzywiając teatralnie usta. Dziewczyna posłusznie zgasiła światło, podchodząc do łóżka i siadając obok niej.
- Dlaczego mi to robisz? – spytała płaczliwym głosem, nie patrząc na nią.
- Co ci znowu robię? Znowu coś zrobiłam?! Ja?! – Rey usiadła, przykładając ręce do nagich piersi. – Och, daj spokój, skarbie. Widziały gały, co brały.
- Nie pamiętam, żebyś wspominała mi o alkoholizmie i zniknięciach na całe dnie – obróciła się do niej twarzą, patrząc na nią oskarżycielsko – albo tygodnie.
Kobieta przewróciła oczami i objęła ją za szyję, przytulając się do jej pleców.
- Myślałam, że to ty jesteś panną męczennicą w tym związku. Ja miałam być tą złą, którą trzeba biczować...
- Rey!...
- Dobra, upiłam się, i co z tego, do cholery?! Zdarza się, każdemu się zdarza. Miałam gorszy wieczór, po prostu potrzebowałam...
- Z kim miałaś gorszy wieczór? – przerwała jej ostro Meredith, a Rey odsunęła się od niej, opierając ciężar ciała na ramionach i przyglądając się jej uważnie.
- Nie twoja sprawa – odparła wreszcie zimno, a jej jasne oczy błysnęły ostrzegawczo w ciemnościach.
- Owszem, moja. Wolałabym wiedzieć, z kim mnie zdradzasz, skoro już musisz.
- Pozwoliłaś mi na to. Pozwoliłaś mi na inne kobiety. Nie udawaj teraz świętej, Meredith, bo obie wiemy, że nią nie jesteś. Zdążyłam cię już trochę poznać, żeby wiedzieć, co ci siedzi w tej twojej małej, blond główce... – Dotknęła palcem tyłu głowy Mer, nieoczekiwanie wplatając we włosy pozostałe palce i odchylając jej głowę do tyłu. Dziewczyna syknęła cicho z bólu, patrząc na nią oskarżycielsko. – Nie zdradzam cię, rozumiesz? Odkąd tu jesteś nie było żadnej innej – oświadczyła wolno, puszczając jej włosy.
Meredith zerwała się z łóżka, przyglądając się jej ze strachem pomieszanym z pożądaniem.
- Nie możesz mnie tak traktować. Nie możesz mnie okłamywać – powiedziała nieco podniesionym głosem, a Rey przyłożyła palec do ust i roześmiała się.
- Ciii, Mer, nie wiesz? Ściany mają uszy.
- Gówno mnie obchodzą cholerne ściany! Gdzie znikasz na całe dnie?! – wrzasnęła nagle dziewczyna, wymachując ramionami.
Audrey spoważniała, prostując się na łóżku i przez chwilę pozostając w bezruchu. Potem wstała wolno, podchodząc do Meredith i obejmując ramionami jej szyję. Bez uprzedzenia pochyliła się ku niej i mocno, stanowczo pocałowała ją w usta. Dziewczyna z początku poddała się tej pieszczocie, oszołomiona jej siłą i intensywnością, ale zaraz potem odepchnęła ją lekko; w oczach zakręciły się jej łzy.
- Przysięgasz mi, że mnie z nikim nie zdradzasz? – wyjęczała, wyginając usta w komiczną podkówkę.
Rey jakby zupełnie otrzeźwiała; opuściła ramiona i warknęła głucho, z irytacją. Szybko ściągnęła spodnie, zostając w samej bieliźnie, a potem bez słowa minęła kochankę i z rozmachem otworzyła drzwi sypialni, wychodząc z niej.
- Rey, odpowiedź mi! – krzyknęła Meredith, podążając za nią do drzwi pokoju Claya.
Ciemnowłosa zatrzymała się, kipiąc ze złości i zaciskając pięści tak mocno, aż pobielały jej kostki.
- Och, Boże. Ależ jesteś nudna, Meredith. Jesteś potwornie, niewyobrażalnie wręcz nudna, jak wy wszystkie, ze swoim uwielbieniem ślepego przywiązania i wszelkich przyrzeczeń. Rzygać mi się chce, jak cię słucham – wycedziła przez zęby, wpadając bez pukania do pokoju brata, zatrzaskując dziewczynie drzwi przed nosem.
Mer dopadła do nich, tłukąc w nie pięściami i krzycząc, błagając i zaklinając, ale odpowiedziała jej jedynie cisza. Osunęła się na kolana, łkając głośno i mocno łapiąc powietrze ustami, gdy po jej policzkach spłynęły gorzkie łzy rozczarowania. Dlaczego, dlaczego tak bardzo ją kochała, dlaczego musiała ją kochać, chociaż Rey sprowadzała na nią coraz to nowe klęski i niepokoje? Dlaczego cała aż rwała się do niej, mimo głębokiej, broczącej krwią rany, jaką pozostawiła w jej sercu tymi słowami? Rey była jak coś absolutnie zakazanego, bez czego nie sposób żyć, gdy już raz się dla tego zgrzeszyło. Jej całe ciało płonęła na samo wspomnienie tamtego praktycznie wykradzionego, gorzkiego teraz pocałunku; łaknęła jej ciała, nagich piersi na swoich i szczupłych nóg owiniętych wokół swoich bioder. Słone łzy spływały jej po twarzy, wlewając się w usta i pozostawiając w nich smak porażki.
Tymczasem Audrey Ava Astor bez słowa wyciągnęła z szafki Claytona biały podkoszulek, wślizgując się do łóżka brata. Clay obrócił się do niej, zaspany i poczochrany; jego wspaniałe, czarne włosy sterczały w różne strony, wciąż jednak błyszczące i zadziwiająco piękne jak na mężczyznę. Rey uśmiechnęła się do niego szeroko, przymykając powieki.
- Co ty tu robisz, do cholery? – wyszeptał ostro.
- Śpię.
- Mogłem być nagi.
- Ale nie jesteś. Poza tym i tak jesteś dla mnie aseksualny w każdym aspekcie, a teraz przytul mnie, jak na dobrego brata przystało.
Clay uniósł się na łokciu, słysząc szloch Meredith i popatrzył na siostrę oskarżycielsko.
- Nie powinnaś dopuszczać do takich sytuacji – skarcił ją.
- Sama się prosiła... – odburknęła, chowając twarz w poduszkę.
Westchnął, obejmując ją ramieniem jak małą dziewczynkę i całując w czubek głowy.
- Piłaś, prawda?
- Tak. I to dużo.
- Moja krew.


***

Meredith obudziła się następnego ranka zaraz po świcie, słysząc łagodne dźwięki fortepianu oraz z niechęcią obserwując czerwono-różową łunę, która pełzała po drewnianej podłodze sypialni. Oczy, wciąż zapuchnięte od płaczu, szczypały ją boleśnie, a na policzkach wciąż czuła mokre ślady łez. Nie pamiętała, jak wczoraj znalazła się w łóżku, wciąż targana płaczem i dręczona okropnym poczuciem zupełnego odrzucenia. Przewróciła się na bok, otwierając oczy i dostrzegając na sąsiedniej poduszce ogromny bukiet białych róż, kontrastujących ostro z czerwienią pościeli. Uniosła się na łokciu, przyglądając się kwiatom z niedowierzaniem. Dotknęła ich delikatnie dłonią, niepewna czy są częścią rzeczywistości; róże były tak samo prawdziwe jak wszystko inne. Podniosła się z łóżka, dotykając stopami podłogi, a właściwie tego, co kiedyś nią było; cały parkiet zasłany był płatkami róż, tworzącymi ścieżkę prowadzącą do drzwi. Mer poszła nią, ostrożnie stąpając po płatkach bosymi stopami. Otworzyła drzwi, stając w progu i opierając się ramieniem o futrynę.
Rey, po raz pierwszy odkąd ją poznała, siedziała przy fortepianie z zamkniętymi oczami, ubrana jedynie w męski podkoszulek i bieliznę, z gołymi, smukłymi nogami i włosami rozpuszczonymi gęstą falą na plecach. Jej smukłe palce przesuwały się łagodnie po czarno-białej klawiaturze, wydobywając z instrumentu smutne, przypominające łkanie dźwięki. Dziewczyna wpatrywała się w nią z niemą fascynacją, obserwując zgrabne, delikatne ruchy dłoni oraz łagodne kiwanie głową, gdy mocniej naciskała na klawisze. Meredith ruszyła z miejsca i podeszła do niej cicho, kładąc dłonie na jej ramionach. Rey urwała w połowie tonu, otwierając gwałtownie oczy.
- Nigdy wcześniej nie słyszałam, jak grasz – odezwała się cicho, wskazując brodą fortepian.
- To mnie uspokaja kiedy jestem naprawdę wściekła. A to, wbrew pozorom, nie zdarza się znowu tak często – odparła Rey. Obróciła się na niskim stołeczku i popatrzyła jej w oczy.
- Mam brać te róże za przeprosiny, że nazwałaś mnie nudną i podobną do innych? – spytała Meredith, unosząc brew.
- Widzisz? Mimo mojego podłego charakteru potrafię czasem wymyślić coś mądrego i względnie romantycznego, żeby cię przeprosić.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko, pokazując jasne zęby. Mer przykucnęła obok niej, kładąc jej dłonie na kolanach.
- Przyrzeknij mi, pomimo tej twojej idiotycznej awersji do obietnic, że nie zostawisz mnie więcej bez słowa na dłużej, niż kilka godzin – poprosiła.
Rey milczała przez chwilę, wywróciwszy uprzednio oczami. Jej twarz pozostawała nieruchoma; przypominała posąg, który wydaje się być żywy, jednak tak naprawdę jest tylko kawałkiem głazu, kolejnym elementem fikcji.
- Obiecuję – odezwała się wreszcie, ale Mer widziała, że wypowiedzenie tego jednego słowa sprawiło jej trudność. Mimo to postanowiła iść za ciosem.
- I przyrzekasz, że powiesz mi, gdzie znikasz teraz na całe dnie, chociaż wydaje ci się, że świetnie się maskujesz?
- Tak.
Meredith przygryzła dolną wargę; nagle przypomniała sobie wzrok, który obejmował sylwetkę jej kochanki, który pieścił ją bez słów, który pożądał jej ponad wszystko i w jej obecności nie zwracał uwagi na nic innego. Przypomniała sobie Xaviera, wzbudzającego u niej dreszcze i dziwny, przejmujący strach. Nigdy wcześniej jednak nie traktowała go jako konkurencji - bardziej jak intruza, który wdarł się do ich zaklętego, zakazanego światka, przeznaczonego tylko dla nich dwóch. Przełknęła cicho ślinę i zaryzykowała.
- I przyrzeknij, że nigdy nie zdradzisz mnie z mężczyzną. Że nigdy mnie dla żadnego nie zostawisz.
- A co z kobietami? Dla kobiety mogę? – zironizowała Rey, odzyskując animusz i uśmiechając się zawadiacko.
Meredith przemilczała tę uwagę, zaciskając lekko usta. Kobieta westchnęła z irytacją.
- No, dobrze, przyrzekam. Jestem ci coś winna za wczoraj.
- Róże nie wystarczą?
- Zadbałam o to, żeby nie miały kolców, w przeciwieństwie do niektórych słów.
Nie wiedziała, czy było to tylko wrażenie, czy Rey naprawdę leciutko się zarumieniła. Tak czy inaczej – przysięgła. I tylko to się dla Meredith liczyło.


***


Rey ze znudzeniem bujała się na krześle, słuchając jak Meredith składa zamówienie kelnerowi odzianemu w wąskie spodnie i śnieżnobiałą koszulę. Restauracja była oświetlona dziesiątkami żyrandoli o delikatnie żółtawym połysku, a stoliki przykryte były ciemnopurpurowymi obrusami pogłębiającymi ten efekt. Zerkała z niesmakiem na złote sztućce, wyglądające bardziej tandetnie niż elegancko; prawda była taka, że lokal wcale nie przypadł jej do gustu. Pełen był sztucznych błyskotek, kiczowatych ozdób i wyfiokowanych panienek, żon nowobogackich, szczycących się przepychem i szastających pieniędzmi na prawo i lewo, kompletnie bez sensu i powodu.
Najważniejsze było jednak to, że Meredith się tu podobało. Po zniżkowej tendencji w przypadku akcji „uczucia blondynki”, a zwyżkowej przy akcjach firmy, w którą ostatnio zainwestowała, Rey poświęciła swoje świeżo zarobione pieniądze na spełniania zachcianek swojej kochanki. Tym sposobem spędzały w ‘Figaro’ już trzeci wieczór z rzędu, a Mer występowała w jednej z dziesięciu nowych sukienek, pięknie podkreślającej jej pełny biust i świeżość cery. Rey wywróciła oczami, gdy dziewczyna po raz trzeci zmieniła zamówienie, decydując się ostatecznie na kurczaka w winnym sosie. Obróciła się ku niej, poprawiając swoje jasne loki, sięgające już daleko za ramiona.
- Jak wyglądam? – spytała, uśmiechając się słodko.
- Jak zawsze ślicznie – odparła machinalnie Rey, uśmiechając się szeroko.
Meredith uznała tę odpowiedź za wystarczającą i położyła sobie dużą, białą serwetkę na kolanach.
Rey pomyślała o tym, że już od czterech dni nie odwiedzała Sally. Głównym powodem tak długiej przerwy był Xavier, a raczej jego obecność. Od ich ostatniej sprzeczki Rey nie odezwała się do niego ani słowem, za każdym razem mijając go obojętnie i zwracając się jedynie do Annie, jego służącej. Za każdym razem starała się wybrać taką porę, by szansa na spotkanie intruza była jak najmniejsza, jednak ten proceder utrudniał fakt, że Xavier prowadził równie dowolny tryb życia, jak ona sama. W rezultacie zabawa w kotka i myszkę trwała między nimi już od dobrych kilkunastu dni i choć Xavier próbował przerwać ją kilka razy - była nieugięta. Za każdym razem widząc go przypominała sobie słowa, które wypowiedział do niej w tamten ciemny, zimny wieczór, i przejmowały ją one złością nie do wypowiedzenia. Prawda była taka, że nikt nigdy nie odważył się jej jeszcze powiedzieć czegoś tak niewypowiedzianie obcesowego i prawdziwego zarazem. Natomiast jego propozycja wspólnej kolacji, a co za tym idzie randki, wydała się jej żałosna i wprost śmieszna. Niby czemu miała spotykać się z jakimś mężczyzną w sprawie innej niż interesy? Prychnęła cicho na samo wspomnienie owej rozmowy; Meredith zerknęła na nią nieco zaskoczona.
- Coś nie tak? – spytała cicho, kładąc jej dłoń na kolanie i całując lekko w policzek.
- Nie, wszystko w najlepszym porządku – odparła obojętnie Rey, lustrując wzrokiem indywidua zgromadzone w zatłoczonej sali „Figaro”.
- To dobrze. – Uśmiechnęła się z wyraźną ulgą Mer. Podniosła się z krzesła, targając lekko czarne włosy kobiety. – Pójdę na chwilę do łazienki.
Obojętnie mijała sąsiadujące stoliki, kierując się ku wyjściu z sali, gdy nagle przystanęła, czując rumieniec wpływający na jej szyję i policzki. Przy jednym ze stolików siedział Xavier, bawiąc się nonszalancko pustym kieliszkiem po winie. Nie patrzył w jej stronę, co przyjęła z ulgą i ruszyła dalej, oddychając głęboko. Ogarnęła ją złość, kompletnie irracjonalna i nieoczekiwana. Podeszła do jego stolika, zaciskając dłonie na niedużej torebce i wbijając w niego nieustępliwe spojrzenie błękitnych oczu. Uniósł wzrok, patrząc na nią jakby była muzealnym eksponatem, któremu okazuje się zainteresowanie, ale nie szacunek.
- Pozwól ze mną na chwilę – odezwała się cierpko, nie czekając na jego odpowiedź i opuszczając pomieszczenie.
Minęła zdobione drzwi i weszła do niedużego korytarzyka, prowadzącego ku łazienkom, dyskretnie i nieco pospiesznie rozglądając się na boki. Stanęła gwałtownie, obracając się na obcasach i stając z nim twarzą w twarz. Oparł dłoń na biodrze, drugą dotykając chropowatej powierzchni ściany; górował nad nią zdecydowanie wzrostem i musiała mocno unieść głowę, by patrzeć mu w oczy.
- Chcę, żebyś dał nam spokój – powiedziała nagle. Jej głos wydał się jej nieco płaczliwy i zdecydowanie zbyt piskliwy. Xavier milczał, wpatrując się w nią beznamiętnie.
- Coś sugerujesz? – zapytał wreszcie, nie siląc się nawet na zmianę wyrazu twarzy.
- Widzę cię w tej restauracji drugi raz, odkąd do niej przychodzimy. Wcześniej widziałam cię kilka razy w hotelu. To chyba dość, by orzec, że ją śledzisz, prawda? Daj nam spokój.
- Nie śledzę jej. Po prostu lubię te same restauracje, co ona – odparł obojętnie, przekrzywiając lekko głowę.
- Zostaw nas, rozumiesz? Zostaw ją w spokoju – powiedziała, jak jej się wydawało, hardo.
Xavier patrzył na nią tak, jak patrzy się na obcą osobę na ulicy, w dodatku taką, jaka z niewiadomych przyczyn zachodzi ci nagle drogę. Położył dłonie na biodrach, pochylając się lekko w jej stronę; poczuła się osaczona i wcale nie było jej z tym dobrze.
- Z całym szacunkiem, Meredith, ale nikt, nawet ty, nie będzie mi mówił, co mam zostawić, a co nie. Zwłaszcza jeśli chodzi o Audrey.
Dziewczyna milczała, oddychając ciężko. Jego słowa docierały do niej jakby z opóźnieniem, jednak zabójczo wyraźnie i wbijając się w nią boleśnie niczym setki igiełek. Poczuła, jak wzbiera w niej gniew, ponownie wypychając na policzki, szyję i dekolt purpurę. Usta zbiegły się w wąską linię, blednącą na tle zarumienionej twarzy. Nagle wyrwała się do przodu, rozcapierzonymi palcami wpijając się w przód jego koszuli; ani drgnął, gdy szarpnęła się, gwałtownie przybliżając swoją twarz.
- Ona jest moja, rozumiesz? I nie pozwolę, by ktokolwiek zbliżył się do niej bardziej, niż na to pozwolę, a już ty szczególnie – wysyczała, mrużąc złowrogo oczy.
Przypominała mu rozzłoszczoną kotkę, pozbawioną jednak wdzięku i drapieżności swojej kochanki. Dla niego była jedynie kapryśnym, jeżącym się zwierzakiem, który może zostać z łatwością ugłaskany. Widział dziką, irracjonalną żądzę w jej oczach i był pewien, że wypali się równie szybko, jak się pojawiła.
Złapał ją za nadgarstki, delikatnie acz stanowczo odrywając jej palce od swojego ubrania. Dziewczyna syknęła ze złości, patrząc na niego z furią wymalowaną na twarzy.
- Lepiej mnie posłuchaj, dobrze ci radzę – warknęła krótko, mijając go nieco niespokojnym krokiem.
Poprawiła potargane włosy niedbałym ruchem dłoni, wychodząc z niedużego korytarzyka. Uniosła wciąż ponure i złe spojrzenie i napotkała dwie wpatrzone w nią pary oczu; Sue i Rose Hamilton stały naprzeciw niej. Dzieliło je zaledwie kilka metrów, ale Meredith i tak mogła dostrzec nieukrywaną przez ciotkę pogardę, czającą się w jej oczach, gdy lustrowała jej długie, jasne loki i modną sukienkę wyzywająco podkreślającą piersi. Rose uśmiechnęła się nieznacznie; wyglądała tak, jakby chciała ruszyć w stronę kuzynki, jednak Sue położyła stanowczym ruchem dłoń na jej ramieniu, powstrzymując ją. Uniosła dumnie podbródek i ruszyła dalej, mijając je bez słowa czy gestu i wkraczając do sali.
Dotarła do stolika, kładąc ręce na barkach Rey i całując lekko czubek jej głowy.
- Chodźmy stąd, kiepsko się czuję – rzuciła od niechcenia.
Rey obróciła głowę, patrząc jej badawczo w oczy.
- Co się stało? – spytała rzeczowo, ale Mer tylko machnęła ręką z irytacją.
- Nic. Po prostu straciłam ochotę na zabawę – stwierdziła z zaciśniętymi zębami, cedząc słowa.
Kobieta podniosła się, obojętnie rzucając na stolik kilka banknotów. Skierowały się ku wyjściu, po drodze napotykając Sue i Rose zmierzające ku swojemu stolikowi. Meredith objęła Rey wyzywająco za ramiona, a ta tylko uśmiechnęła się pod nosem.
- To był powód twojego braku ochoty? – zapytała ironicznie, gdy stały już na zewnątrz, ubrane w jesienne płaszcze i walczące ze smagającymi je podmuchami wiatru. Rey machnęła dłonią w stronę Raula, swojego kierowcy, który zaczął manewrować autem.
- Między innymi – odparła ze znudzeniem Meredith, obejmując ją za szyję.
- Och, Meredith. Myślałam, że etap „mam w dupie ludzi, w tym własną rodzinę” mamy już za sobą.
- Tym razem nie chodzi o mnie. Chodzi tylko o ciebie – odparła, obejmując dłońmi jej smukłą twarz. – Zawsze o ciebie...
Pocałowała ją w usta, nagląco, namiętnie, zapominając o oddychaniu. Usłyszała warkot silnika samochodu, który zatrzymał się koło nich, ale nie zwróciła na to uwagi. Oderwała usta od jej warg dopiero po chwili, gdy była już pewna, że więcej nie wytrzyma; Rey uśmiechała się trochę kpiąco, a trochę zawadiacko, otwierając drzwi auta.
- Wsiadaj, zanim zrobimy to na ulicy.





Szablon wykonała Scarlet ! Chcesz podobny zamów na Goodies !

Menu

  • Główna

  • Bohaterowie

  • Linki

  • Księga

  • Autorka

  • Dodaj

  • Szablon


    Rozdziały

  • Słowem wstępu...

  • Prolog

  • I

  • II

  • III

  • IV

  • V

  • VI

  • VII

  • VIII

  • IX

  • X

  • XI

  • XII

  • XIII

  • XIV

  • XV

  • XVI

  • XVII

  • XVIII

  • XIX

    Darmowy licznik odwiedzin
    Katalog stron